Chyba każdy zgodzi się ze mną, że debiutanckie płyty trudno się ocenia. Jeszcze gorzej jest gdy w składzie zespołu grają uznani muzycy, których umiejętności są nieprzeciętne. A już wręcz beznadziejnie jest, gdy słucha się takiego wypieku i człowiek zupełnie nie wie co o tym napisać. Więc co zrobić? Rzut oka na okładkę tego dzieła niczego nie mówi. No to może warto zawiesić oko na frontmance, która udziela się tu wokalnie? No cóż, to nie pozostawia już żadnych wątpliwości. Pani Agnete Kjolsrud, bo o niej mowa, jasno daje do zrozumienia, że przelewek nie będzie. Dla tych, którzy kojarzą skądś te damę - tak, to ta sama, która zaśpiewała w utworze Solefald, zatytułowanym “Tittentattenteksti”. A jeśli komuś mało to wystąpiła ona w najnowszym klipie Dimmu Borgir - "Gateways". Pozostali muzycy to znani wszem i wobec w Norwegii Erlend Gjerde, który dudnił w stoner metalowym Stonegard oraz folk-metalowym Wardruna, Stain Krstad natomiast współpracował z Gorgoroth. Zespół uzupełniają Victor Brandt z kultowego Entombed i grecki, bliżej mi nieznany wioślarz Stamos. Co więc ta ekipa mogła zaoferować? Przyznam, że trudno mi jest jednoznacznie przypisać jakąś łatkę do nich. Dlaczego? Bo mamy tu jedyną w swoim rodzaju mieszankę black metalu, rocka, punku, popu, surowego rock'n rolla, elektroniki, grania alternatywnego i cholera wie czego jeszcze. Tak czy owak, skład ten przygotował dziewięć premierowych, nośnych utworów, w których z daleka pachnie mi przede wszystkim zimnymi, norweskimi riffami. I znów - owe 9 kawałków to dużo czy mało na debiut? Chyba raczej w sam raz by się zaprezentować, choć moim zdaniem to przynajmniej o jeden, czy dwa za mało. Ta płyta pozostawia po sobie niedosyt. O, i to jest jedna z cech płyty conajmniej dobrej. Takiej, która nie wkurza i której chce się słuchać. Całość została bardzo dobrze wyprodukowana, wszystko ładnie słychać, każdy instrument został właściwie wyeksponowany. No i zostawiono tu niezbędną ilość "brudu", który ma ważną rolę - przypomina, że Djerv nie jest tylko kolejnym zespołem z kobietką za mikrofonem. Właśnie te szorstkie, nisko przestrojone gitary dają właściwą moc i kopa zamieszczonym na tym LP numerom. Nawet gdy pojawiają się wolniejsze fragmenty, to nie tracą one na ciężarze i swojej mocy. Całości wrażeń dopełnia brudny, drapieżny, może nawet nieco wiedźmowaty śpiew Agnete. Ja byłem pod ogromnym wrażeniem jej głosu we wspomnianym utworze ekipy Silenoza. Krótko bo krótko ale ona pokazała czołowemu, norweskiemu zespołowi, że jest w stanie zostawić ich daleko za sobą. Zaśpiewała tam bez żadnych kompleksów, udowadniając swoje ogromne możliwości. Nie wiem co ona ma w swoim gardle. Może wali czystą bez popity albo może łyka codziennie kwas solny? Pytanie jest zasadne gdy słucha się pierwszego z brzegu kawałka, zatytułowanego Madman. Wrzask, blackowy skrzek, pełen szaleństwa krzyk, no i świetna melodyjna partia, w której udowadnia ona, że ma także swoje dużo łagodniejsze oblicze. Wybaczcie, ale moim zdaniem jest tu coś z dokonań chociażby panów z Satyricon. I mnie więcej w połowie kawałka kapitalne, jakże norweskie zwolnienie z gitarami, które mogą kojarzyć się z.... Immortal. The Bowling Pin to takie wręcz punkowe granie. Jedno mi się tu podoba: mocne, brudne, zabarwione punkiem, rockowe riffy często zderzają się z tu blackowymi zagrywkami. To sprawka Stiana Karstada, który jak głosi gminna plotka, którą przekazują sobie norweskie wróble, kumpluje się z Shagrathem z Dimmu Borgir. Kolejny na liście Headstone to wypisz-wymaluj Katatonia, tylko nieco podkręcona i z bardzo przebojowym refrenem, którego nie powstydziłyby się kapele parające się stonerem. Podoba mi się odwaga z jaką połączono tu zdaje się zupełnie odległe od siebie rejony muzyczne. Wstęp do Gruesome Twosome, a potem jego dalsza część natychmiast winny przywoływać skojarzenia z Satyricon czy nawet Enslaved. zajebista, bardzo motoryczna rzecz z kapitalną zmianą tempa, idealną do machania dynią. Bardzo posępnie i powoli rozpoczyna się Only I Exist. Posłuchajcie tego. Czy ten kawałek nie mógłby, po pewnych korektach, znaleźć się na jakiejś blackowej płycie? Bo ja śmiem twierdzić, że i owszem. Do tego wspaniały, melodyjny refren i ta niesamowita Kjolsrud. To co ona robi w tym kawałku to jest mistrzostwo świata. I tak jeszcze wracając do skojarzeń - czy tu nie ma czegoś z ze wspomnianej wyżej Katatonii? Miejscami nuty jakby żywcem wyjęte z ich kawałków. Ladder to the Moon to znów uparte skojarzenia z ostatnimi dokonaniami Enslaved. Te charakterystyczne riffy mówią same za siebie. Do tego ten mocarny rockowy refren. Kapitalnie to sobie wymyślili. To jeszcze nic! Najlepsze zaczyna się w Abmused. Stricte black metalowe gitary, świetna melodia i zadziorny wokal frontmanki. Ja nawet nie chce myśleć co można by z tego numeru wyciągnąć, gdyby jeszcze mocniej przycisnąć i dać tu na wokal takiego Satyra czy nawet Abbatha z Immortal. To byłaby miazga. Swoją drogą to ciekawe czy temu ostatniemu nie spodobałyby się niektóre obecne tu zagrywki. A gdyby jeszcze dołożył swoje charakterystyczne gitary.... Bardzo podoba mi się motorheadowa stylistyka zapakowana w blackowe ramy w przedostatnim Blind the Heat. Odpowiada mi tak podany black 'n' roll. Na koniec Le Grande Finale czyli Wielki Finał. Zespół zostawił słuchaczowi na pożegnanie utwór krótko, aczkolwiek treściwie zatytułowany Immortal. No jest tu czego słuchać. Pięknie podane bezpośrednie inspiracje zespołem wspomnianego już wyżej szefa norweskiego Immortal. Ten numer znakomicie pasowałby na jego solowy wypiek. Zapewne niektórzy z Was pamiętają projekt I lub może go kojarzą. Wyobraźcie więc to sobie z wokalami Agnete Kjolsrud. Znakomite melodie, niepowtarzalny klimat i to "coś" ulotnego, trudnego do uchwycenia.
Co tu dużo gadać - album, który jest absolutnym zaskoczeniem. Prosty ale nie prostacki, bardzo szczery, wyładowany emocjami, z jednej strony delikatnymi, z drugiej pełnymi wściekłości, jadu, a nawet schizofrenii i obłędu. Bardzo ambitny debiut, w którym można znaleźć wiele zajebistych rzeczy. Po kilkunastokrotnym wysłuchaniu tego krążka wciąż zastanawiam się do kogo jest on adresowany. Chyba przede wszystkim do ludzi, którzy szukają odskoczni od nudy i przewidywalności oraz metalowej sztampy. Tym, nie boję się użyć tego słowa - zjawiskowym wydawnictwem band udowodnił, że można. Bez wątpienia w swojej kategorii jest to płyta roku. Gorąco zachęcam do zapoznania się z "Djerv". Ten, kto nie wysłucha będzie uboższy. Kto się zapozna na pewno żałować nie będzie. Ocena maksymalna.

0 komentarze:
Prześlij komentarz