niedziela, 4 września 2011

Sinner - One Bullet Left (2011)

Kiedy gruchnęła wieść, że Matt Sinner szykuje nowy album swojego macierzystego zespołu, zacząłem zastanawiać się co też ten jeden z najbardziej zapracowanych ludzi w metalowym światku może przygotować. Tak właściwie to nie spodziewałem się niczego specjalnego. W pamięci mam ostatnie wypieki Primal Fear, solowy album Ralfa Scheepersa, znakomite Voodoo Circle i dwie ostatnie, bardzo nierówne płyty Sinnera, i to już dawało mi podstawy do myślenia, że "One Bullet Left" nie będzie żadną sensacją i otrzymamy typowy, zmanierowany przez Matta, LP. Z powodów powyższych prace nad dokończeniem nowej płyty przeciągały się, a smaczku wszystkiemu dodaje fakt, że nastąpiły nieoczekiwane zmiany w składzie. Do grupy dołączyli gitarzyści Alex Beyrodt i Alex Scholpp. To ciekawy zabieg, bo w tej chwili w Sinner gra aż trzech gitarzystów. Tak więc można było przewidywać, że postawienie obok Christofa Leima dodatkowych wiosłowych sprawi, ze gitary będą ryczały i demolowały wszystko i wszystkich. Ba! Jakby tego było mało, na tej płycie pojawił się znakomity pałker w osobie André Hilgersa. Ufff! Nagromadzenie takich znakomitości zdawało się zapewnić niechybny rezultat w postaci płyty wręcz genialnej. Nie zrozumcie mnie źle. Ja bardzo chciałem zapomnieć o mocno średniej, solowej propozycji Scheepersa i posłuchać czegoś równie znakomitego jak niedawny CD Beyrodta. Tak więc patrząc na skład zacierałem ręce i oczekiwałem miażdżącego uderzenia. Wszakże zapowiedzi były entuzjastyczne, a tytuły krzyczały, że "Sinner is back!". No cóż, takiego powrotu jak w The One You Left Behind, osobiście się nie spodziewałem, a  zawartość tej ścieżki spowodowała, że z niedowierzaniem słuchałem tego co dzieje się w tym utworze. Tak zmęczonego, nie w formie, ospałego i nie mającego pomysłu na swoją muzykę Sinnera nie słyszałem od lat. Przecież w składzie jest trzech gitarzystów! Gdzie potężne uderzenie? Nie ma! Przyznam szczerze, że w tym momencie miałem już wszystkiego serdecznie dosyć. Nie takiej płyty chciałem. Oklepana do bólu, wyświechtana melodia, wkurzające, typowo niemieckie, kwadratowe riffy i amatorskie wręcz solówki spowodowały moje ogromne rozczarowanie. Do tego ten śmieszny wręcz refren. No cóż, jeśli Matt myślał, że kupi mnie taką propozycją to się srodze pomylił. To co się dzieje w następnym Back On Trail spowodowało moje, już na serio, wkurwienie. Do cholery, Sinner to nie Phil Lynott i silenie się na buraczane wręcz oddawanie mu hołdu w taki sposób całkowicie mija się z celem. Nie ratują tego numeru nawet solówki przypominające popisy Robertsona czy Gorhama. No po prostu straszna rzecz słuchać, jak uznana metalowa firma, latami stojąca w poczekalni Hall of Fame niemieckiego metalu pogrąża się takimi propozycjami. Give & Take to typowe, na kilometr rozpoznawalne granie w stylu Sinner. Byłoby wszystko OK gdyby tego nie było już tego sto razy wcześniej i lepiej w innych utworach na wcześniejszych płytach. Cieszy ucho doskonale słyszalne pulsowanie basu i tylko to. Nie można się spodziewać niczego dobrego po tytułowym One Bullet Left. Naprawdę nie wiem co chciano tu osiągnąć. Utrzymany w średnim tempie kawałek absolutnie niczym nie przyciągający mojego ucha. Kolejny raz wkurzyłem się słuchając 10 2 Death. Szanowny Panie Sinner. Pańska ekipa to nie Motorhead i nagrywanie takich kawałków wraz z usiłowaniem wzorowania się na Kilmisterze zwyczajnie Panu nie przystoi i niechże Pan da sobie na przyszłość spokój z takim... czymś. Zaprawiona punkiem heavy metalowa łupanka, bez celu, składu i ładu. "Udająca" przebój. Nie do mnie z czymś takim. Pewne nadzieje dawała ballada Haunted. Wszystko jest w najlepszym porządku do momentu w którym wchodzi ten dziwacznie skonstruowany refren z piszczącymi gitarami. Już w poprzednich recenzjach płyt z udziałem Matta Sinnera zwracałem uwagę na to, że potrafi on zepsuć nawet najlepiej zapowiadający się kawałek. I kolejny przykład tej umiejętności mamy w tej propozycji. Gdyby nie zepsuty w drugiej połowie refren, mielibyśmy przebój. A tak można jedynie zastanawiać się jakim killerem byłby ten utwór. A jeśli psuć to już wszystko, tak jak w kowerze Steve Stevensa. Atomic Playboys został tu bezlitośnie spieprzony. W okrutny sposób zniszczono wielki przebój, który dla wielu jest dziś klasyką w swoim gatunku. Niestety główny sprawca zamieszania nie miał dla niego litości. Za takie wykonywanie kowerów ja bardzo dziękuję. I postoję. Kolejnym hitem mógłby być, a nie jest, Suicide Mission. Gdyby nie owe zmęczenie i wypalenie się Sinnera, to mielibyśmy wręcz klasyczny już numer tego zespołu. Niestety tego, że wokalista, mówiąc językiem piłkarskim, "przeszedł obok" tego kawałka, kładąc wszystko w fatalnym refrenie, nie da się ukryć i zamaskować. Jestem wściekły na Sinnera za Wake Me When I'm Sober, w którym to dla siebie zarezerwował główną rolę. Należało tu wpuścić Ralfa Scheepersa i pozwolić mu to zaśpiewać po swojemu. To jest wymarzona ścieżka dla tego wokalisty. Jeśli tylko byłby w formie to wokalnie by tu zdemolował. Silenie się na granie riffów zarezerwowanych dla Primal Fear w takim Mind Over Matter (oczywiste skojarzenia z prześwietnym "Armageddon") i zaprawianie ich z typowo rockowymi riffami po raz kolejny powoduje moje rozczarowanie. Jeśli są przebłyski bardzo dobrej gry to natychmiast wszystko jest sprowadzane do parteru i równane do szeregu. Smutno słuchać jak Sinner miota się w swojej bezsilności i twórczej niemocy. Do tego ten kwadratowy refren w stylu Udo Dirkschneidera. Po raz kolejny zespół pogrąża się w Mend to be Broken, znów usiłując udawać Thin Lizzy. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Ja się na to nie zgadzam. Bardzo podoba mi się początek ostatniego na płycie Rolling Away. Elegancki, brytyjski początek, iście w stylu Whitesnake czy bardziej zamyślonych kawałków Jorna. Co jednak z tego, skoro wszystko zostało spieprzone fatalnym, niemieckim refrenem. Po prostu tragedia. Tak kończy się najnowszy LP Sinnera. 
Niestety zawód i to na całej linii. Poczynając od słabych kompozycji, z których wiele można by jednak wyciągnąć, przez słabą produkcję. Tu się na chwilę zatrzymam. W składzie jest trzech wioślarzy. Zastanawiam się po co było Sinnerowi trzech gitarzystów, skoro w żaden sposób nie uwypuklił ich możliwości i gry. Po drugie strefa gitar jest płaska i pełna dziur oraz niedoróbek, które trzeba było zapełnić. Niestety tego nie zrobiono. Oczywiście bas grzmi a perkusja André Hilgersa demoluje obiekty. I to on jest najjaśniejszym punktem tego wydawnictwa. Zagrał bezbłędnie i mimo słabych utworów, od początku do końca napędza ten album. Co się zmieniło od czasów ostatnich płyt Sinnera? Ano to, że nie ma tu wartych uwagi przebojów. Nie ma tu wartej posłuchania bardzo dobrej gry instrumentalistów. Nie ma tu niczego wartego zatrzymania się. Płyta kończy się nie wiadomo kiedy, a w pamięci nie zostaje nic. Niedowierzanie, złość, smutek i niemożebne wkurwienie. Matt Sinner wypada poza czołówkę niemieckiego grania. Nie zaoferował nic. Takie płyty mogą nagrywać zespoły drepczące korytarzem w stronę Hall of Fame i dla nich nie jest to wstyd. Niestety uznana metalowa firma, któa prezentuje taki kompakt powinna być natychmiast z sali zasłużonych wyprowadzana. Niech idą, gonić ich nie będę. Może jeszcze kiedyś powrócą w glorii i sławie po czerwonym dywanie na swoje miejsce, które tym krążkiem stracili. Na pewno nie gdy będą takie granie uskuteczniać. Panie Sinner, została Panu jeszcze jedna kula. Proponuję honorowo wykorzystać ją na sobie i strzelić sobie w łeb. Najgorsza płyta tego zespołu od lat wielu. Drugiej takiej nie pamiętam. Nota 3/10 i precz mi z oczu. Tym, którzy chcą posłuchać jak upadła metalowa legenda polecam. Innym serdecznie odradzam. Strata nerwów i czasu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz