W ostatnich czasach różne rzeczy działy się w najważniejszym, polskim towarze eksportowym. Olsztyński Vader, wstrząsany zmianami składu zdołał co prawda zrealizować udany LP "Necropolis" ale wielu wieszczyło rychły koniec ekipy Petera Wiwczarka. Pancerny Generał nie zamierzał jednak przedwcześnie składać broni i z właściwym sobie spokojem zabrał się do komponowania nowego dzieła. Wiadomo było jednak, że nastąpić muszą kolejne zmiany w składzie. Do Petera dołączył sam Marek "Spider" Pająk, znany z udzielania się we wrocławskim, death metalowym Esquarial. To nie pierwsze spotkanie owych panów. Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, obydwaj współpracowali przy okazji realizacji heavy metalowego projektu Petera - Panzer X. Generał sięgnął więc po dobrze znanego mu wioślarza i śmiem twierdzić, że to była decyzja ze wszech miar właściwa. Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do Vogga ale słysząc jego popisy w trakcie jego bytności w Vaderze, wiedziałem, że luki po Mauserze nie zapełni. Dodatkowo drażnił mnie jego widok na scenie u boku Wiwczarka. No to po prostu nie było to. Dołączenie do składu Pająka mam nadzieję sprawi "okrzepnięcie" gitarowego duetu na tyle, że Peter spokojnie będzie mógł patrzeć w przyszłość i planować swoje kolejne posunięcia. Na nowym krążku partie perkusji zrealizował Paweł "Paul" Jaroszewicz ale i on został zastąpiony przez nowego muzyka. Został nim młodziutki, bodaj 21-letni James Stewart, dotąd znany z gry w brytyjskim Divine Chaos. Tak więc mamy pierwszego obcokrajowca w składzie Vadera. Wracając jednak do płyty. Zwiastuny nadchodzącego dzieła, które gość regularnie ukazywały się na oficjalnej stronie zespołu, pozwalały optymistycznie wyglądać premiery całości. Gdy okazało się, że Marek szybko zaaklimatyzował się w nowych warunkach i jego współpraca z Peterem pomyślnie się układała, ten dał mu przysłowiowe "zielone światło" i pozwolił na wtrącenie tego i owego do ostatecznego kształtu całości. Ba! Bodaj po raz pierwszy w historii Vadera, premierowa i pilotująca nowy LP, kompozycja Come To See My Sacrifice nie została skomponowana przez Petera (napisał jedynie tekst). Za stronę muzyczną odpowiada nie kto inny jak Pająk właśnie; który, jeśli komuś mało, jest autorem jednej trzeciej całości dzieł na "Welcome To The Morbid Reich". Tytuł wydawnictwa nawiązuje oczywiście do dawnego dzieła, słynnej demówki "Morbid Reich". Okładkę namalował Zbigniew Bielak. Powrócono także do dawnego loga zespołu. To tak, jakby miało to oznaczać, że nastąpił koniec kombinowania, nastąpił zwrot "w stronę starego" i tym kursem Peter zamierza płynąć swoim pancernikiem. Jakby na potwierdzenie tego, znajdujemy tu nową, odkurzoną i odświeżoną wersję utworu Decapitated Saints. I tylko jedno nie uległo zmianie - producent. Po raz kolejny, i to chyba stało się już normą, zajęli się tym bracia Wiesławscy. Za smakowite partie klawiszy ponownie odpowiada Siegmar. To dobrze, że Generał nie zabrał się za to osobiście (jak w przypadku "Necropolis"), a oddał to w ręce bardziej doświadczonego muzyka. Słuchając nowego wypieku zwracałem uwagę nie tylko na pełne pasji pojedynki gitarowe Petera ze Spiderem ale także na wokale tego pierwszego, które nabrały takiej, hmmmm, momentami nieco skrzeczącej barwy, które mogą kojarzyć się z porykiwaniami "Betonowego Glenna" i dowodzonej przez niego ekipy Deicide. Ten eksperyment czy tez zabieg udał się znakomicie. Po otrzymującym dobre recenzje ale średnio przyjętym "Mieście Umarłych" czas przyszedł na mocarne uderzenie, które po złowrogim intrze Ultima Thule bezlitośnie nadciągnęło w Return To The Morbid Reich. Potężna, ciężka i rozpędzona machina wojenna, której nic nie jest w stanie zatrzymać. Zwrócić uwagę należy na melodyjne solówki (zrezygnowano i to zapewne za sprawą Pająka z męczenia wajchy) i postawiono na ich melodyjność. Szybko wkracza The Black Eye, w którym można posłuchać jak obydwaj wioślarze zapamiętale, z pasją ale także z ogromnym luzem i radością toczą ze sobą zajadłe, gitarowe pojedynki. Śmiem twierdzić, że tego Peterowi i Vaderowi w ogóle, brakowało. Niszczy klasyczne już, charakterystyczne zwolnienie. Osobiście zawsze czekam na takie coś na każdym, kolejnym albumie. Dalej mamy wspomnianego już przeze mnie, singlowego Come And See My Sacrifice. Utwór ten szybko, gdy tylko się pojawił w sieci, zyskał uznanie fanów. Należy przyznać, że Marek doskonale zrozumiał jak mają brzmieć utwory tego zespołu i przygotował kapitalny numer, który jak mniemam, stanie się Vaderowym klasykiem i żelaznym punktem koncertów. Znów dostajemy bardzo dobre zwolnienie, a Peter po raz kolejny (który to już nie wiem) raczy nas swoim demonicznym westchnięciem. A jeśli pojawia się ten element to musi być to w wyłącznie świetnym numerze. No i tak jest. Na koniec stricte heavy metalowy finał. Duże brawa. W Only Hell Knows obaj wioślarze nie zamierzali zrezygnować ze świetnej zabawy i nadal toczą ze sobą zacięte pojedynki. Posłuchajcie tych solówek. Nawet z Mauserem w składzie nie było czegoś takiego. Generałowi przydał się zastrzyk młodej, świeżej krwi, a nowy gitarzysta rozruszał było, nie było, nieco skostniałego lidera i zachęcił go do pofolgowania sobie. Czas na najbardziej epicki moment tej płyty, czyli I Am Who Feasts Upon Your Soul. Melodyjny wstęp Siegmara, smakowite zwolnienie po czym... thrash 'til death. Napisałem, że jest tu heavy metal. Owszem, a najwięcej w takim Don't Rip The Beast's Heart Out. No bo jak określić inaczej te melodie, które tu występują? Coś takiego było już niegdyś na "The Beast". Czyli faktycznie. Dowodzony przez Pancernego Generała okręt zrobił zwrot i powrócił do starych, sprawdzonych rzeczy. I bardzo dobrze. Oprawiony w melodyjne, przemyślane solówki utwór, choć może o nieco dziwacznym tytule, naprawdę może się podobać. Gdzieś tu unosi się ten niezwykły klimat znakomitego "Litany". Oj dawno tego nie było. Moim zdaniem najwięcej tu zimnej stali "Cold Demons"... Równie melodyjny i heavy metalowy jest I Had A Dream. Był sobie kiedyś taki wałek jak "Choices". Wybaczcie ale ja nie mogę się opędzić od skojarzeń właśnie z tym numerem. Wszystko wraca do normy w Lord Of Thorns. Tu Vader nie bierze jeńców. Cholernie mocny, iście w stylu Slayera, utwór. Zaraz po nim, nowa, odświeżona wersja Decapitated Saints, która swoją agresją po prostu morduje. They Are Coming. No, to jest gratka dla tych wszystkich, którym podobało się budowanie napięcia w utworach tej olsztyńskiej ekipy. Nie wiem jak inni ale ja mam wrażenie, że Peter chciał tu coś pokazać, zilustrować. Mamy tu więc obłędny strach przed ciemnością, zimno, które powoduje gęsią skórkę i tę straszną świadomość, że nie ma przed tym ucieczki. Bo oni nadchodzą i dopadną Was gdziekolwiek byście się nie ukryli. Na koniec wersji podstawowej albumu dostajemy sabbathowy Black Velvet And Skulls Of Steel. Wolny, potężny walec, który toczy się bezlitośnie, miażdżąc wszystko co stanie mu na drodze. Komu podobało się takie "Revelation of Black Moses" ten wie o co chodzi. Uwagę przykuwa heavy metalowa, melodyjna fraza, którą obydwaj gitarzyści zgrabnie wpletli i połączyli w całość z resztą utworu. Wrażenie robi także chóralne "HAIL" w tle. Jako bonusy, w wersji rozszerzonej, dostajemy dwa kowery. Raping The Earth z repertuaru Extreme Noise Terror oraz Troops Of Tomorrow The Exploited.
Myślę, że obydwie strony mogą być zadowolone. Wytwórnia, bo dostała kawał dobrego, death metalowego mięcha i zespół bo wyciągnął wnioski z przeszłości i zabrał się do ich realizowania. Chociaż zespół to chyba niewłaściwe słowo. Bardziej pasuje tu określenie "projekt", wszak z oryginalnego składu pozostał tylko jego twórca. Złośliwi twierdzą, że Peter Wiwczarek jest takim polskim Jeffem albo Rogerem Watersem, taką Zosią-Samosią. Wszystko chce robić sam. Tak więc dobrze się stało, że dał on pole popisu nowemu wioślarzowi, a ten nie zawiódł. Ba mało tego, dał Peterowi nieźle popalić i trochę go przegonił. Efektem jest bardzo dobra płyta. W karierze naszej głównej siły eksportowej bywały różne chwile. Lepsze i gorsze. W tych złych łatwo jest ulec, zrezygnować, dać się powalić. To żadna sztuka. O wiele więcej wymaga się od tych, którzy potrafią się podnieść, otrzepać i dalej robić swoje. Peter odrobił lekcję na piątkę. Jako trzeci ale nie ostatni dobitnie pokazuje reszcie świata kto tu rządzi. W tym roku ukazały się trzy świetne, death metalowe płyty z nalepką "Made in Poland": Decapitated, Azarath i Vader. Tak więc wynik meczu Polska - Reszta Świata - 3:0. Polecam, ocena maksymalna.
Myślę, że obydwie strony mogą być zadowolone. Wytwórnia, bo dostała kawał dobrego, death metalowego mięcha i zespół bo wyciągnął wnioski z przeszłości i zabrał się do ich realizowania. Chociaż zespół to chyba niewłaściwe słowo. Bardziej pasuje tu określenie "projekt", wszak z oryginalnego składu pozostał tylko jego twórca. Złośliwi twierdzą, że Peter Wiwczarek jest takim polskim Jeffem albo Rogerem Watersem, taką Zosią-Samosią. Wszystko chce robić sam. Tak więc dobrze się stało, że dał on pole popisu nowemu wioślarzowi, a ten nie zawiódł. Ba mało tego, dał Peterowi nieźle popalić i trochę go przegonił. Efektem jest bardzo dobra płyta. W karierze naszej głównej siły eksportowej bywały różne chwile. Lepsze i gorsze. W tych złych łatwo jest ulec, zrezygnować, dać się powalić. To żadna sztuka. O wiele więcej wymaga się od tych, którzy potrafią się podnieść, otrzepać i dalej robić swoje. Peter odrobił lekcję na piątkę. Jako trzeci ale nie ostatni dobitnie pokazuje reszcie świata kto tu rządzi. W tym roku ukazały się trzy świetne, death metalowe płyty z nalepką "Made in Poland": Decapitated, Azarath i Vader. Tak więc wynik meczu Polska - Reszta Świata - 3:0. Polecam, ocena maksymalna.

0 komentarze:
Prześlij komentarz