wtorek, 10 stycznia 2012

Primal Fear - Unbreakable (2012)

W swojej ostatniej recenzji płyty Primal Fear, notabene niezbyt pochlebnej, napisałem, że zanim Diabeł dowie się, że są już martwi mają jeszcze trochę czasu. Twierdziłem, że ci muzycy mają już siebie serdecznie dość i że jedni na drugich zwalają winę za brak killerskich przebojów i porywających refrenów. Do tego zmiany w składzie. No cóż, przy okazji nowego krążka tej niemieckiej ekipy znów nastąpiła zmiana. Odszedł ten, który przyszedł. Zaskakujące nieprawdaż? Żegnamy Woltera, witamy nie byle kogo, bo samego Alexa Beyrodta. Przyznam, że nieprzyjemnie się przez chwilę zrobiło, bo przypomniałem sobie ostatni wypiek ekipy Sinnera, w którym brał udział. No ale to przecież szef Voodoo Circle, więc może nie będzie tak źle... Dostępny przed premierą singiel "Bad Guys Wear Black" napawał optymizmem, do rąk i uszu dostaliśmy dwa bardzo dobrze rokujące numery. Wypadało więc wyczekiwać całości z niecierpliwości przebierając nogami. Wreszcie już jest, więc pora zapoznać się z nowymi propozycjami. Tym razem dostajemy 12 nowych kompozycji, okładkę tradycyjnie zdobi metalowy orzeł. No i do tego dumny tytuł tego CD. Niezłomni... Czy jednak naprawdę tak jest? Czy ten zespół potrafił się podnieść i znów udowodnić wszystkim, w tym także i piszącemu, że mylili się skreślając, lub w najlepszym przypadku, niezbyt wierząc w udany powrót spółki autorskiej Sinner-Scheepers? Nie warto gdybać, lepiej zajrzeć do środka, odpalić krążek i ocenić samemu zawartość. Na początek epickie intro w postaci Unbreakable (Part1). Bardzo spodobało mi się takie otwarcie płyty i jakoś tak optymistycznie nastroiło do reszty. Pomyślałem, że "początek wcale niezły jest..." Jeśłi jeszcze miałem jakieś wątpliwości to mocarne uderzenie znakomitego riffu w dumnie zatytułowanym Strike pozbawiło mnie wszelkich obaw, rzuciło na kolana i ponownie przekonało do Primal Fear. No bo komu nie podoba się takie "Strike and take no prisoners" niech się przerzuci na popiskiwanie popowych gwiazdeczek z dyskotek. Ci cholerni niemcy kłaniają się wszystkim nisko, mówiąc: "cześć, posłuchajcie sobie naszej nowej płyty!. Nie ma tu się do czego przyczepić. Utwór gna do przodu niczym rozpędzona ciężarówka, napędzana zaciętymi pojedynkami gitarzystów i znakomitymi wymianami solówek. No i ten niesamowity Ralf, będący w doskonałej dyspozycji wokalnej. Dumnie pokazał Halfordowi kto w tym roku rządzi. Równie udanym, stricte "primalowskim" wałkiem jest Give 'Em Hell. Nieco przypominający zamierzchłe czasy "Back from Hell" ale czy komuś to przeszkadza? No i daje tu o sobie znać Alex, wprowadzając świetne zwolnienie, które przeradza się w ognistą solówkę. Oczywiście mamy także chóralnie śpiewany refren, no bo jakże mogło go tutaj zabraknąć? Nijak nie mogło. Musiał być i koniec. Potem mamy pierwszy singlowy, wspomniany już przeze mnie wyżej numer Bad Guys Wear Black. Do tegoż nakręcono również wideoklip. Jedno można na tym CD zauważyć. Wszystkie utwory ułożone są tak, by każdy kolejny wynikał z poprzedniego. Jest w tym jakaś taka naturalność, czy też może zamysł. Singiel wstydu nie przynosi, obydwaj wioślarze nadal nie rezygnują ze świetnej zabawy, z pasją wymieniając się solówkami, podczas gdy reszta zespołu robi swoje. Primal Fear to zespół, który nie zapomniał, że swoje korzenie ma w power metalu. Bo jak określić And There Was Silence? Czyste powerowe grzanie, bardzo przypominające najlepsze lata.... Helloween z Derisem na wokalu. Ponieważ dyniowaci nie są ostatnio w najlepszej formie to koledzy po fachu przypomnieli im jak się pisze znakomite kawałki. Jak na wielki powrót przystało, musiało znaleźć się miejsce na metalowy hymn. No i mamy takowy w postaci Metal Nation. Łagodnie rozpoczynający się gitarowym wstępem, by później zgrabnie rozwinąć się w rzecz, która tym panom przychodziła z ogromną łatwością. Przecież takich hymnów mają przynajmniej kilka, a ten z pewnością pojawi się w koncertowej rozpisce. Mam też takie wrażenie, że w tym numerze Ralf mocno rehabilituje się za kompromitujący "Saints of Rock" z solowej płyty. Bas pulsuje, gitary ryczą, blachy szumią, a wokalista nawołuje "Everybody, join the Metal Nation!". Elegancki, jakże brytyjski w swej wymowie kawałek, w którym z całą pewnością maczał palce Beyrodt. I jeszcze jedno, bardzo ważne zresztą: Sinner nareszcie przestał się wtrącać do pisania i aranżowania ścieżek. On tu tylko zagrał na basie i udzielał się w chórkach. Uffff.... Kolejną, siódmą w kolejności propozycją jest ponownie zrobiony w stylu Helloween, kapitalny Where Angels Die. No Deris i kumple muszą się mieć teraz z pyszna słuchając tych dźwięków. Posłuchajcie tu tego miażdżącego basu Sinnera. Doprawdy ta płyta jest kapitalnie wyprodukowana. Wszystko pięknie słychać, nikt nie wyrywa się przed szereg, a całości słucha się z ogromną przyjemnością. Ta płyta nie nudzi, wręcz przeciwnie, zaskakuje mnogością pomysłów, rozwiązań, czystej przyjemności i zabawy dźwiękami. Choćby te zwolnienie w tym kawałku. Kapitalna, gitarowa ornamentyka, godna utworów Rainbow ery Dio. Wielkie brawa dla talentu kompozytorskiego Alexa. Ralf bardzo wczuł się w całość i kapitalnie rozegrał to wokalnie. Wiedział gdzie sobie odpuścić, stworzyć odpowiedni nastrój i oprawę, a gdzie bardziej przycisnąć. Unbreakable (Part 2) to znów radosna, primalowska jazda bez trzymanki. I po raz trzeci puszczenie oka do panów dyniowatych, niczym złośliwe uszczypnięcie. No i ręka do góry komu nie przychodzi tu na myśl takie "I want out". Chwila oddechu w kapitalnie rozegranym zwolnieniu, a potem pięknie grające unisono gitary i wspaniałe wymiany solówek. A formy wokalnej Halford na pewno zazdrości Ralfowi. Tajemnicze dźwięki witają nas w Marching Again. W końcu następuje zmasowany atak gitar i galopująca na złamanie karku sekcja. I jeśli zwrotki są idealnie w stylu Primal Fear to refreny znów przypominają najlepsze dokonania Helloween. Czy to źle? Moim zdaniem absolutnie nie. Zaskakuje klimatyczne zwolnienie ale czy nie może się ono podobać? Oczywiście, że tak! Oni już nieraz stosowali takie zabiegi w niektórych swoich utworach i bardzo często ze znakomitym rezultatem. Na znakomitym wydawnictwie nie mogło zabraknąć ballady. Tutaj tę rolę pełni Born Again. Posłuchajcie sobie tego rozwalającego refrenu, gdy Ralf z wyrzutem zadaje pytanie o sens istnienia. Utwór ten wielkim hitem jest i basta. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że Ralf podczas nagrywania tego typu ścieżek, buduje sobie swego rodzaju ołtarzyki, by już w studio móc lepiej "wczuć" się w śpiewany tekst. Jeśli zrobił to i w tym przypadku, to zagrało bez pudła. W tle pięknie grające smyczki, niczym w dawnym "The Healer". Kapitalna rzecz. Blaze Of Glory to powrót do primalowskiego młócenia na najwyższym poziomie. I czy mi się wydaje, czy Ralf z ekipą faktycznie postanowili podokuczać kolegom spod znaku dyni? Niektóre dźwięki kojarzą się z utworami Helloween i tylko chóralnie zaśpiewany refren przypomina, że to utwór Primal Fear. I czy nie ma tu ech znakomitego "Metal is Forever"? Na koniec kapitalny Conviction. Może nieco gorszy od całości ale nadal pasuje i jakoś specjalnie nie przeszkadza w odbiorze, mimo tego, że przypomina wałki ze starych płyt. Całość ratują i podciągają znakomite solówki Karlssona i Beyrodta. Słusznie umieszczono go na końcu tego CD. Przynajmniej nie rozczarowuje gdzieś w środku czy na początku płyty. Jest sobie skromnie na końcu. Tak sobie to zespół wymyślił, i słusznie zresztą.
Co się zmieniło w tym zespole? Mieli dość czasu na ochłonięcie, zastanowienie się, kolejną zmianę na stanowisku gitarzysty i napisanie nowych numerów. Bardzo dobrym krokiem było zaproszenie do składu Alexa, speca od gitarowego wymiatania i produkcji. Ciekawe czy po porażce ostatniego Sinnera wziął za przysłowiowe "szmaty" Matta, potrząsnął nim i powiedział kilka słów do słuchu. Bo ten jak napisałem wyżej, tylko tu zagrał i poudzielał się w chórkach. Czy Diabeł dowie się, że są martwi? Raczej ten, którego imienia wymieniać nie należy, pozostanie na swoim miejscu w piekle nadal smażąc grzeszników w smole. Jedyne co może zrobić, to założyć słuchawki na swoje czarne uszy i posłuchać nowej płyty Primal Fear. Bo jak się okazuje, nie bez przyczyny są niezłomni. I oby tak zawsze było, bo w końcu każdej ekipie zdarzają się słabsze płyty. Tu skuchy nie ma i z czystym sumieniem stawiam pełne i okrągłe 10/10. W pełni sobie na to zasłużyli. Jeńców nie wzięli.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Atkins/May Project - Serpent's Kiss (2011)

Jest wreszcie zapowiadany i długo wyczekiwany krążek panów Ala Atkinsa i Paula Maya. Zestawienie jest o tyle ciekawe, że obaj absztyfikanci pochodzą z różnych światów. Ten pierwszy to były wokalista Judas Priest oraz Holy Rage, współautor takich przebojów jak "Dreamer deceiver" i "Victim of changes". Wydał 6 płyt, współpracując między innymi z Drugi to chrześcijański gitarzysta, obecny członek zespołu Temple Dogs i autor pokaźnej liczby płyt (50 o ile dobrze pamiętam). Mieszanka rzec można wybuchowa. Udało im się jednak stworzyć album, który równie dobrze mógłby ukazać się gdzieś w okolicach lat '80 ubiegłego wieku. Ciekawie więc zapowiadała się współpraca obu tych panów. Na "Serpent's Kiss" obaj zaprezentowali dawkę mocnego, heavy metalowego grania. Tu i ówdzie bardzo surowa produkcja i zaskakujące, speedowe zagrywki Maya, wyjęte z najlepszych płyt kanadyjskiego Exciter naprawdę mogą robić doskonałe wrażenie. Do tego bardzo melodyjne i jakże dopasowane solówki położone na całość utworów mogą przyprawiać o zawrót głowy. Tak więc Venom spotyka się z Exciter na piwie. W skrócie powstaje "bardzo zła płyta", której jednak z ogromną przyjemnością się słucha. Ciekawie położone są wokale Atkinsa. Nieco jakby obok reszty instrumentów ale wciągający, intrygujący i nieco taki tajemniczy. Al śpiewa nisko, pewnie i doskonale wpasowuje się wokalem w ścianę dźwięku produkowaną przez Maya i resztę instrumentalistów. Tak więc na początek bardzo dobre intro The Shallowing. Wolno, majestatycznie i dostojnie rozpoczyna się ta płyta, by przejść w thrashową ścianę dźwięków, bezlitośnie atakując uszy słuchacza gitarowym jazgotem i mocnym, znakomitym wejściem Atkinsa. Proszę posłuchać jak znakomicie współpracuje z nim May. Nie tylko gna ze swoimi riffami na złamanie karku ale produkuje całą masę znakomitych solówek, którymi ozdabia całość. Pod koniec ścieżki całość zwalnia, znów robi się klimatycznie i dostojnie. Nie na długo jednak, bo zaraz potem obaj znów atakują w Traitors Hand. No, jeśli mamy tak mocny tytuł to i utworek musi być taki sam. Panowie nie biorą tu jeńców, a thrashowa wściekłość, którą demolują swojego odbiorcę, musi budzić nie tylko podziw ale i szacunek. Na uwagę zasługują znakomite solówki, jakby żywcem wyjęte z pierwszych albumów Metalliki. Myślę, że sam Hammet pokiwałby z uznaniem głową. Może nawet by się zawstydził, bo sam już takich solówek zbyt często nie gra. W Dream Maker mamy już nieco więcej heavy metalu. Może i taki metal gra się na wyspach już od lat ale gra Maya z pewnością zasługuje tu na uwagę, z tym, że nie wysuwa się on tu przed szereg. Gra co prawda bardzo dużo i cholernie indywidualnie, warstw gitar jest tu na pewno co najmniej kilka ale nadal współpracuje on z Atkinsem bez zarzutu. Najciekawsze jest w kolejnym Can You Hear Me? Znakomity, bardzo niepokojący numer. Sporo w tym ciepłej, rockowej barwy dźwięków ale tak skomponowanych kawałków zbyt często się nie słyszy. I ten wokal Ala. No wczuł się tu facet w nastrój całości i zaśpiewał bez pudła. Trzeba przyznać, że obaj panowie znakomicie poradzili sobie w tym wałku. Stworzyli aurę tajemniczości, niepewności i zagrożenia. May położył znakomite gitary, Atkins z kolei swoje wokale dopasował tak, by ani na moment nie odstawały od nastroju całości. Podobać się może następny w kolejce Signz. Bardzo wolny, wręcz walcowaty i miażdżący na cienką bibułkę heavy metalowy numer, ze znakomicie pomyślanym refrenem. Proszę posłuchać tego złowieszczego tekstu. I pomyśleć, że głównym sprawcą dźwięków jest tu chrześcijański gitarzysta. May stworzył na tej płycie zło w czystej postaci. Nie ma chyba wielu takich płyt, gdzie muzykom udaje się osiągnąć taki efekt. Oczywiście nie mogło zabraknąć tu czegoś na miarę utworów Judas Priest. Tu mamy krótko i mocno zatytułowany Fight. Tak się zastanawiam jakby tu zabrzmiał Halford zamiast Atkinsa. Śmiem przypuszczać, że nie będący ostatnio w formie Rob zwyczajnie usiłowałby zrobić z tego coś na modłę "hitów" JP i zwyczajnie spieprzyłby całość. Podobać się mogą także solówki, duet Tipton-Downing mógłby się z pewnością zawstydzić, bo obaj od dawna tak nie grają i chyba grać już tak nie potrafią. Podobny w swej wymowie i judasowskiej manierze, choć może nie do końca, jest także Judge. May znów wymyślił znakomite riffy i ozdobił całość solówkami, a Atkins, takim nieco zrezygnowanym i zmęczonym głosem dokończył całość. Nie wiem czy taki był zamierzony efekt, jeśli tak, to wypadło to znakomicie.  A jeśli tego mało to proszę zwrócić uwagę na znakomity efekt stereo, gdy May gra swoje solówki, na płynne przechodzenie dźwięków z głośnika na głośnik, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Obaj absztyfikanci nie odpuszczają i atakują słuchacza w kolejnym na CD Betta Than Twisted. Znów nieco niepokojący, jest tu coś z metallikowego nastroju niektórych numerów z "Load" czy "Reload". Oczywiście całość jest na wskroś heavy metalowa i wstydu autorom z pewnością nie przynosi. Może i nieco sztampowy, fakt, ale w całość krążka wkomponowany bardzo dobrze. Dalej mamy zaskoczenie w postaci nowej wersji utworu Cold Gin. Niektórzy z Was mogą zapewne kojarzyć ten numer z wykonania misiów panda i rock 'n' rollowych pisanek z Kiss. Atkins i May przerobili ten kawałek na swoją modłę, tak by nie odstawał od całości płyty. Może na pierwszy odsłuch nie wszyscy się połapią i odgadną o co chodzi. Gdy się jednak wsłuchać, to można wyłapać charakterystyczny styl Paula Stanleya. Na koniec Wielki Finał w postaci Theatre Of Fools. Świetnie pomyślany i skomponowany numer, utrzymany w średnim tempie, z niepokojącymi gitarami, rzewną solówką na początku kawałka i zrezygnowanymi wokalami Atkinsa. Al znów opowiada kolejną, ponurą historię, a May swoją grą tworzy specyficzny, nie do pomylenia z żadnym innym, nastrój. Uwagę zwraca tu jeszcze znakomita, gitarowa galopada i marszowe tempo aż do końca utworu i końca płyty. W ogóle jeśli chodzi o teksty na tym CD, to są one doskonale wpasowane w muzykę, a gdyby wyjąć fragmenty liryków z poszczególnych utworów to zapewne co bardziej wrażliwi nie mogliby w nocy długo spać. Wszakże już na samym początku ostrzegałem, że to jest bardzo zła płyta, wręcz tym złem przesiąknięta.
Krążek na który warto było czekać i który z pewnością znajdzie wielu zwolenników. Można czepiać się brudnego brzmienia ale w dobie wycyzelowanego, sterylnego parcia na brzmienie takich płyt wyczekuje się wręcz z utęsknieniem. No bo ile można słuchać krystalicznego brzmienia i rzewnych tekstów o miłości i kochaniu? To zostawmy power metalowym rycerzykom, smokom i księżniczkom uwięzionym w wieżach. Tu mamy brud, zło, zabójcze gitarowe pościgi, znakomite melodie i doskonale wpasowany w to wszystko wokal Ala Atkinsa. Na takie propozycje zawsze warto czekać. Z tego też względu ja nie mam się tu do czego przyczepić i z czystym, o przepraszam - brudnym sumieniem, stawiam tej płycie notę 10/10. Polecam.

niedziela, 18 grudnia 2011

Metallica - Beyond Magnetic (EP) (2011)

No i kto by się tego spodziewał? Metallica świętując swoje 30-lecie istnienia wydaje internetową EP'kę, zawierającą utwory, które nie zmieściły się na ich długograj "Death Magnetic". Początkowo dystrybucja miała ograniczyć się tylko do członków oficjalnego fanklubu. Papa Het i spółka doszli do wniosku, że to jednak zdecydowanie za mało i postanowili mini album udostępnić szerszej gawiedzi. Rzecz jasna, nie byliby sobą, gdyby nie chcieli na tym dodatkowo zarobić. No i mamy "Beyond Magnetic EP" dostępne odpłatnie na internetowym serwisie iTunes. Jakby tego było mało, urodziny obchodzili hucznie i królewsko, bo przez cały tydzień. Przez ten czas odbywały się m.in. koncerty, podczas których wystąpili z Davem Mustainem i Jasonem Newstedem. Hmm, czyżby to zapowiedź powrotu tego ostatniego do ekipy Larsa i Hetfielda? Daj Lucyferze aby tak było, bo jedynie Newsted mógłby coś zrobić na poprzedniej "Lulu". No ale do rzeczy. Mamy cztery kawałki, odrzuty z "Death Magnetic". Czyli te utwory nie były aż tak złe by ich światu nie udostępniać, czy też Metallica chce koniecznie na wszystkim zarobić? Pomijam już fakt, że jeden z utworów już wcześniej do sieci wyciekł. Myślę, że zespół udostępnił te kawałki po trosze z każdego powodu. Nie były aż tak złe by się ich wstydzić i aż tak złe by na nich nie zarobić. Bo przecież fani kupią wszystko co ma logo Metalliki. Oczywiście przed ukazaniem się tej EP, panowie przetestowali zawartość na publice, serwując te numery na jubileuszowych koncertach w Fillmore. I chyba testy wypadły obiecująco, skoro ów mini-album ujrzał światło dzienne. Pierwszy z nich to Hell Train. Dobry, wręcz obiecujący wstęp, utrzymany w sosie z "Death Magnetic". Potem takież samo rozwinięcie. Trochę może denerwuje mnie bezsensowne naparzanie Larsa w talerze ale niech już ostatecznie będzie. Bardzo dobre zwrotki i jeszcze lepiej brzmiący refren, który pasowałby np. na Load albo Reload. Wypada bardzo balladowo i to jest najjaśniejszy punkt tej kompozycji. I szkoda, że James psuje ją bezsensownym wrzaskiem, zamiast zrobić to bardziej klimatycznie. Przecież umie to robić. Oczywiście, jak cała zawartość "Death Magnetic", utwór jest dość długi i trwa prawie siedem minut. Dużo jednak się w nim dzieje i to kolejny plus. Jedna poważna wada to tylko ten bezsensowny wrzask Hetfielda. Just a Bullet Away to następna propozycja. Ciekawy riff i aż się chce tego słuchać. W sposobie śpiewania wokalisty mam pewne skojarzenia z Annihilator, w przewodnim motywie to samo. I nie, nie jest to zarzut. Ten kawałek naprawdę mi się podoba, nawet Hetfield śpiewa tu lepiej. Ładnie wypada zwolnienie mniej więcej w środku kawałka. To przywraca mi wiarę w kompozytorskie talenta członków Metalliki. Po tym znów mamy atak riffów i całkiem niezłą solówkę Hammeta. I końcowa fraza: Kula w łeb za to, że cie opuściłem.... To Hell And Back to chyba najlepszy numer z całej zawartości Beyond Magnetic EP. Zdecydowanie wolniejszy i jakby taki trochę bardziej zamyślony. Szczerze żałuję, że nie ma go na "Death Magnetic", zamiast np. tego instrumentalnego numeru. Zagrany nieco na modłę tych wszystkich nowomodnych zespołów metalowych ale czy przez to zły lub gorszy? Myślę, że nie. Sporo się tu dzieje, mimo, że tradycyjnie utwór jest rozbudowany i długi. Podobają mi się tu solówki Hammeta, choć można by, jeśli chodzi o całość, z tego i owego zrezygnować. No i zajebista, jakże Metallikowa końcówka. Na zakończenie EP'ki do głosu dochodzi basista, w rozpoczynającym Rebel of Babylon, wstępie. I teraz: fajne to jest, takie troche w s tylu tych wszystkich numerów na "Garage Inc.". Oczywiście, potem wszystko wraca do normy przyjętej na "Death Magnetic". Szczerze mówiąc, jako całość nie przekonuje mnie ten wałek. Za wyjątkiem kilku interesujących riffów nie znajduje tu nic dla siebie. Mogą robić wrażenie zastosowane zwolnienia ale chyba nic więcej. No dobra, Hammet znów jest w formie. Jednak tu długość kawałka już nuży i zwyczajnie wkurza. 
I co? Zestaw kilku utworów, których zespół ostatecznie pożałował chować na półce z napisem "nigdy nie wydane/odrzuty". Miło tego posłuchać, choć to w zasadzie nic odkrywczego. Całość pozostawiam jednak bez oceny. Niech każdy zrobi to sam.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Aria - Feniks (2011)

Długo bo aż 5 lat kazali fanom czekać najbardziej znani, rosyjscy heavy metalowcy z zespołu Aria na swój nowy album. Ostatni studyjny wypiek ukazał się bowiem w październiku 2006 roku. LP "Armageddon" zbierał pochlebne recenzje i oczekiwania były naprawdę spore. Tymczasem czas mijał i nic. Czyżby to taka swoista "moda" wśród zespołów? Większość "starych" grup już powiedziała, co najlepsze miała do powiedzenia i z czasem przychodzi im trudniej nagrywanie i wydawanie nowych krążków. Może to po prostu wygodnictwo? Na płytach pewnie dużo nie zarabiają, na koncerty ludzie przychodzą, więc... po co? Sporą częścią składową tego stanu jest zbieranie pomysłów, odejścia i przyjścia muzyków, wreszcie wszystkim znana proza codzienności. Mówiło się, że nowy krążek ukaże się w roku 2010. Tymczasem nic się nie działo. Dopiero gdzieś w okolicach lipca bieżącego roku gruchnęła wieść, że nowa studyjna płyta zespołu Aria będzie się nazywać "Feniks" i zostanie ona wydana na początku jesieni tego roku. Co prawda nie ujawniono jeszcze wtedy ani okładki ani tracklisty ale wieść o tym, że w końcu nowe dzieło ujrzy światło dzienne nastrajała optymistycznie. Niecierpliwość podsycały ujawnione wcześniej próbki utworów ze studia. Do tego okazało się, że na nowej płycie zaśpiewa najnowszy nabytek w osobie wokalisty. Personalia owego absztyfikanta utrzymywane były w najgłębszej tajemnicy. Poprzedni krzykacz, pan Bierkut wyleciał z zespołu na zbity pysk. To, że nowy wokalista zrealizuje partie wokalne było raczej do przewidzenia, gdyz na wspomnianych klipach ze studia Artura Bierkuta nie było widać. Wreszcie zespół sam potwierdził te informację w stosownym komunikacie. Jak napisałem wyżej potwierdziły się również przypuszczenia, ze na nowym LP zaśpiewa zupełnie inny wokalista. Ujawniono wtedy również tytuł płyty i datę jego orientacyjnego wydania. Wstępnie premierę ustalono na październik. Gdy wreszcie ujawniono okładkę i fragmenty gotowych utworów, wiedziałem, że źle nie będzie i warto czekać na całość. Co prawda ostatecznie zamiast 12 planowanych kawałków na wydawnictwie jest ich 10 ale to w zupełności wystarczy. W końcu panowie ujawnili personalia nowego siatkowego, jest nim Mikhail Zhitnyakov. Premiera nowego dzieła została ustalona na 5 października. Płyta zostanie wydana nakładem wytwórni СОЮЗ (SOJUZ) i będzie dystrybuowana na terenie Federacji Rosyjskiej i Państw WNP. Tak sobie słucham całości i zupełnie nie mam pomysłu co napisać. Najchętniej zamknąłbym recenzję dwoma słowami: świetna płyta. I wybaczcie ale mam tylko jedno skojarzenie. I to z nie byle jakim zespołem i nie byle jaką płytą. Feniks odradza się z popiołu, to tak jakby powstawał zupełnie nowy świat. Czy już wiecie co chcę powiedzieć? Ktoś może stwierdzić, że rżnę głupa, że mi odbiło i że to świętokradztwo porównywać płytę rosyjskiego zespołu do płyty brytoli z Iron Maiden. Ja jednak będę upierać się przy swoim stanowisku. Tym bardziej, że w wielu fragmentach tej płyty aż pachnie dokonaniami Dziewicy. Wszak nie bez powodu Aria nazywana jest rosyjskim odpowiednikiem ekipy Stefka Harrisa. Tak czy owak zespół ten podniósł się po raz kolejny i znów udowodnił, że niestraszna im zmiana kluczowego elementu jakim przecież jest wokalista. To już trzecia zmiana, przecież najpierw odszedł Kipelov, potem Artur Bierkut. Ten drugi wzorem swojego poprzednika postanowił założyć własną grupę, którą, a jakże, firmuje własnym nazwiskiem. No cóż, pożyjemy i zobaczymy czy Arturowi uda się przebić solo, czy też może tak jak Walery Kipelov - zamilknie na długie lata, wydając w tym czasie zaledwie jedną płytę. Rzecz jasna, jak wielu fanów Arii, byłem pełen obaw co do tego jak wypadnie nowy, właściwie nikomu nieznany wokalista. Co prawda dostępne były wcześniej próbki jego popisów na Youtube ale to nie zaspokajało mojej ciekawości ani też niepokoju. Tymczasem okazuje się, że Michaił wypada na tyle dobrze, że zbrodnią byłoby nie zatrudnić go za sitkiem i nie nagrać z nim płyty. Wszyscy chyba też zgodzą się ze mną, że jest to swego rodzaju nowe życie tej grupy. Bo choć "Feniks" to płyta na wskroś heavy metalowa to pełno tu wysmakowanych brzmień, eksperymentów, zabiegów z tempem i zabawy dźwiękami. Zaryzykuję stwierdzenie, że to album niemal progresywny. Całość wrażeń dopełniają maidenowskie solówki, znakomite, mocne gitary i potężnie brzmiąca sekcja. Na początek zaskakujący, elektroniczny wstęp do pierwszego utworu. Wybaczcie ale będę tu używał anglojęzycznych tytułów ścieżek. Tak więc na początek Black Square. Bardzo dobry, maidenowski kawałek, bardzo charakterystyczny dla Arii, to jest coś co robili oni od początku swego istnienia. A Michaił brzmi tu jak wypisz-wymaluj Kipelov właśnie. Nie ukrywam, że bardzo mi się to spodobało. Z kolei pierwszej solówki nie powstydziłby się sam wielki Adrian Smith. Zresztą obydwie brzmią tu jakby wyjęto je z utworów Iron Maiden. The Balance of Powers zaskakuje swoim "hammerfallowskim" klimatem. No ciekawe czy Cans i spółka nie mieliby się z pyszna słuchając tego numeru. Oto jak powinno się konstruować ciekawe i motoryczne kawałki. Utytułowanych kolegów zawstydził zespół z dalekiej Rosji. Wielkie brawa! Zastanawiam się jak zabrzmiałby tu wokalista Hammerfall. Śmiem twierdzić, że będąc w formie zwyczajnie by tu zdemolował i tyle. Powód do wstydu mają także nie będący ostatnio w formie wioślarze tego szwedzkiego bandu. I to pod każdym względem. Pora na pierwsze zaskoczenie: klimatyczny i bardzo epicki w swej wymowie i wykonaniu The Story of a Murderer. Takich kawałków można było jak dotąd posłuchać tylko na "Brave New World" skądinąd znanego zespołu. Posłuchajcie jak zespół buduje napięcie, umiejętnie dozując je prostymi środkami. Duże brawa należą się producentowi, który doskonale zachował proporcje między instrumentami i wokalem. Nikt tu nie pcha się przed szereg, wszystko pięknie słychać. Pozostaje delektować się opowiadaną w tekście historią mordercy i wsłuchiwać się w nabierający mocy kawałek. Świetnie wypadła zmiana tempa, te przyspieszenie naprawdę może się podobać, tak jak znów stricte, maidenowskie grające unisono gitary. No i ten fenomenalny Michaił... Black Legend wyróżnia się ładnie wplecionymi partiami pianina czy też klawiszy. Warty uwagi jest refren tego numeru. Jako do całości po raz kolejny nie ma się do czego przyczepić. Bardzo dobry, heavy metalowy kawałek, utrzymany w średnim tempie. Bardzo dobre, ciężkie gitary, pewnie śpiewający wokalista i miażdżąca sekcja. To jednak nie koniec. Mamy tu ciekawe, akustyczne zwolnienie. Doprawdy sporo się dzieje na tym albumie. Potem mamy znów zmianę, tym razem do ciężkiego grania i koniec. Fights Without Rules był znany fanom już znacznie wcześniej, został opublikowany jako internetowy singiel już we wrześniu bieżącego roku. Ten kawałek to znów pokazywanie Szwedom z Hammerfall gdzie ich miejsce i jak się robi bardzo dobre, przebojowe kawałki. Takich numerów oni już nie robią, a szkoda, bo nikt by ich za to nie zganił. Ładnie przemycono tu maidenowskie zagrywki, co sprawia, że robi się jeszcze ciekawiej. A Zhitnyakov już nie tylko swobodnie śpiewa "pod" Kipelova ale całkiem swobodnie udowadnia, że może on śpiewać równie dobrze jak Cans. No i ten chóralny śpiew pod dźwiękami zarezerwowanymi dotąd dla Stefka i spółki. Niech mi ktoś powie, że Templariusze Metalu nie stosowali takich zabiegów na swoich płytach. Tytułowy Phoenix, a raczej wstęp do niego kojarzy mi się z... Danzigiem i takim na przykład "How the Gods kill". Gdy już zespół przechodzi do rzeczy to jakoś tak mam skojarzenia z Dziewicą ery Bayleya. Całość brzmi bardzo nowocześnie choć nadal jest mocarnie i przebojowo. Po raz kolejny zespół zaskakuje nieszablonową zmianą tempa i nastroju. No czegoś takiego to ja się nie spodziewałem, a ta solówka mnie po prostu zwala z nóg. Brzmi to jakby znów za wiosło złapał Adrian Smith i osobiście ją zagrał. Tajemnicze dźwięki witają nas w Symphony of Fire. Kawałek rozpędza się i nabiera mocy. W końcu zespół prezentuje nam bardzo ciekawie zagrany i przede wszystkim bardzo mocny numer z jak się domyślam - ponurą historią w tle, opowiadaną przez wokalistę. Bardzo podoba mi się tu gra sekcji, w szczególności w refrenie. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć klimatycznego zwolnienia. Hmmm, jak widać przerwa w działalności nie została zmarnowana i zespół nagrał bardzo dobrą i przede wszystkim równą płytę. Bo niczego złego nie można powiedzieć także o kolejnym utworze, krótko zatytułowanym Attila. Najdłuższy utwór na tym krążku, znów wraca atmosfera z "Brave New World". Po łagodnym wstępie zespół uderza z całą mocą. opowiadając historię przywódcy Hunów, władcy ogromnego imperium. Distant Light to z kolei bardzo przebojowy kawałek. Zastanawiam się dlaczego to właśnie jego nie wybrano na singla pilotującego ten album. Nadaje się dużo lepiej, niż wcześniej wspomniany kawałek. Bardzo dobry kawałek, którego nie musiałby się wstydzić żaden zespół grający heavy metal. Może się podobać mocna, heavy metalowa solówka. Tę ze wszech miar udaną płytę zamyka żałobnie zatytułowany Requiem. Bardzo ładny, balladowy utwór w którym śpiewającemu wokaliście towarzyszy tylko pianino i delikatnie grające klawisze ze smyczkami. Proszę zwrócić uwagę na ten emocjonalny refren. Rzadko się takie zdarzają na metalowych płytach. Potem tylko piękna solówka, raz jeszcze zwrotka i refren na koniec. A potem zapada cisza....
Świetny album, wspaniali muzycy i kapitalna produkcja. Pretendent do miana płyty roku 2011. Polecam każdemu, rzadko zdarza się by zespól nagrał bardzo dobrą płytę po tak długim okresie milczenia. To czasem nie udaje się nawet największym tuzom. Rosjanom z Arii wyszło to bez pudła. Zaprawdę powiadam Wam - jest na tym CD czego słuchać. I na koniec kontrowersyjna teza: dla mnie to "Brave New World II" tyle, że po rosyjsku. A co! Ocena maksymalna.

czwartek, 29 września 2011

Djerv - Djerv (2011)

Chyba każdy zgodzi się ze mną, że debiutanckie płyty trudno się ocenia. Jeszcze gorzej jest gdy w składzie zespołu grają uznani muzycy, których umiejętności są nieprzeciętne. A już wręcz beznadziejnie jest, gdy słucha się takiego wypieku i człowiek zupełnie nie wie co o tym napisać. Więc co zrobić? Rzut oka na okładkę tego dzieła niczego nie mówi. No to może warto zawiesić oko na frontmance, która udziela się tu wokalnie? No cóż, to nie pozostawia już żadnych wątpliwości. Pani Agnete Kjolsrud, bo o niej mowa, jasno daje do zrozumienia, że przelewek nie będzie. Dla tych, którzy kojarzą skądś te damę - tak, to ta sama, która zaśpiewała w utworze Solefald, zatytułowanym “Tittentattenteksti”. A jeśli komuś mało to wystąpiła ona w najnowszym klipie Dimmu Borgir - "Gateways". Pozostali muzycy to znani wszem i wobec w Norwegii Erlend Gjerde, który dudnił w stoner metalowym Stonegard oraz folk-metalowym Wardruna, Stain Krstad natomiast współpracował z Gorgoroth. Zespół uzupełniają Victor Brandt z kultowego Entombed i grecki, bliżej mi nieznany wioślarz Stamos. Co więc ta ekipa mogła zaoferować? Przyznam, że trudno mi jest jednoznacznie przypisać jakąś łatkę do nich. Dlaczego? Bo mamy tu jedyną w swoim rodzaju mieszankę black metalu, rocka, punku, popu, surowego rock'n rolla, elektroniki, grania alternatywnego i cholera wie czego jeszcze. Tak czy owak, skład ten przygotował dziewięć premierowych, nośnych utworów, w których z daleka pachnie mi przede wszystkim zimnymi, norweskimi riffami. I znów - owe 9 kawałków to dużo czy mało na debiut? Chyba raczej w sam raz by się zaprezentować, choć moim zdaniem to przynajmniej o jeden, czy dwa za mało. Ta płyta pozostawia po sobie niedosyt. O, i to jest jedna z cech płyty conajmniej dobrej. Takiej, która nie wkurza i której chce się słuchać. Całość została bardzo dobrze wyprodukowana, wszystko ładnie słychać, każdy instrument został właściwie wyeksponowany. No i zostawiono tu niezbędną ilość "brudu", który ma ważną rolę - przypomina, że Djerv nie jest tylko kolejnym zespołem z kobietką za mikrofonem. Właśnie te szorstkie, nisko przestrojone gitary dają właściwą moc i kopa zamieszczonym na tym LP numerom. Nawet gdy pojawiają się wolniejsze fragmenty, to nie tracą one na ciężarze i swojej mocy. Całości wrażeń dopełnia brudny, drapieżny, może nawet nieco wiedźmowaty śpiew Agnete. Ja byłem pod ogromnym wrażeniem jej głosu we wspomnianym utworze ekipy Silenoza. Krótko bo krótko ale ona pokazała czołowemu, norweskiemu zespołowi, że jest w stanie zostawić ich daleko za sobą. Zaśpiewała tam bez żadnych kompleksów, udowadniając swoje ogromne możliwości. Nie wiem co ona ma w swoim gardle. Może wali czystą bez popity albo może łyka codziennie kwas solny? Pytanie jest zasadne gdy słucha się pierwszego z brzegu kawałka, zatytułowanego Madman. Wrzask, blackowy skrzek, pełen szaleństwa krzyk, no i świetna melodyjna partia, w której udowadnia ona, że ma także swoje dużo łagodniejsze oblicze. Wybaczcie, ale moim zdaniem jest tu coś z dokonań chociażby panów z Satyricon. I mnie więcej w połowie kawałka kapitalne, jakże norweskie zwolnienie z gitarami, które mogą kojarzyć się z.... Immortal. The Bowling Pin to takie wręcz punkowe granie. Jedno mi się tu podoba: mocne, brudne, zabarwione punkiem, rockowe riffy często zderzają się z tu blackowymi zagrywkami. To sprawka Stiana Karstada, który jak głosi gminna plotka, którą przekazują sobie norweskie wróble, kumpluje się z Shagrathem z Dimmu Borgir. Kolejny na liście Headstone to wypisz-wymaluj Katatonia, tylko nieco podkręcona i z bardzo przebojowym refrenem, którego nie powstydziłyby się kapele parające się stonerem. Podoba mi się odwaga z jaką połączono tu zdaje się zupełnie odległe od siebie rejony muzyczne. Wstęp do Gruesome Twosome, a potem jego dalsza część natychmiast winny przywoływać skojarzenia z Satyricon czy nawet Enslaved. zajebista, bardzo motoryczna rzecz z kapitalną zmianą tempa, idealną do machania dynią. Bardzo posępnie i powoli rozpoczyna się Only I Exist. Posłuchajcie tego. Czy ten kawałek nie mógłby, po pewnych korektach, znaleźć się na jakiejś blackowej płycie? Bo ja śmiem twierdzić, że i owszem. Do tego wspaniały, melodyjny refren i ta niesamowita Kjolsrud. To co ona robi w tym kawałku to jest mistrzostwo świata. I tak jeszcze wracając do skojarzeń - czy tu nie ma czegoś z ze wspomnianej wyżej Katatonii? Miejscami nuty jakby żywcem wyjęte z ich kawałków. Ladder to the Moon to znów uparte skojarzenia z ostatnimi dokonaniami Enslaved. Te charakterystyczne riffy mówią same za siebie. Do tego ten mocarny rockowy refren. Kapitalnie to sobie wymyślili. To jeszcze nic! Najlepsze zaczyna się w Abmused. Stricte black metalowe gitary, świetna melodia i zadziorny wokal frontmanki. Ja nawet nie chce myśleć co można by z tego numeru wyciągnąć, gdyby jeszcze mocniej przycisnąć i dać tu na wokal takiego Satyra czy nawet Abbatha z Immortal. To byłaby miazga. Swoją drogą to ciekawe czy temu ostatniemu nie spodobałyby się niektóre obecne tu zagrywki. A gdyby jeszcze dołożył swoje charakterystyczne gitary.... Bardzo podoba mi się motorheadowa stylistyka zapakowana w blackowe ramy w przedostatnim Blind the Heat. Odpowiada mi tak podany black 'n' roll. Na koniec Le Grande Finale czyli Wielki Finał. Zespół zostawił słuchaczowi na pożegnanie utwór krótko, aczkolwiek treściwie zatytułowany Immortal. No jest tu czego słuchać. Pięknie podane bezpośrednie inspiracje zespołem wspomnianego już wyżej szefa norweskiego Immortal. Ten numer znakomicie pasowałby na jego solowy wypiek. Zapewne niektórzy z Was pamiętają projekt I lub może go kojarzą. Wyobraźcie więc to sobie z wokalami Agnete Kjolsrud. Znakomite melodie, niepowtarzalny klimat i to "coś" ulotnego, trudnego do uchwycenia. 
Co tu dużo gadać - album, który jest absolutnym zaskoczeniem. Prosty ale nie prostacki, bardzo szczery, wyładowany emocjami, z jednej strony delikatnymi, z drugiej pełnymi wściekłości, jadu, a nawet schizofrenii i obłędu. Bardzo ambitny debiut, w którym można znaleźć wiele zajebistych rzeczy. Po kilkunastokrotnym wysłuchaniu tego krążka wciąż zastanawiam się do kogo jest on adresowany. Chyba przede wszystkim do ludzi, którzy szukają odskoczni od nudy i przewidywalności oraz metalowej sztampy. Tym, nie boję się użyć tego słowa - zjawiskowym wydawnictwem band udowodnił, że można. Bez wątpienia w swojej kategorii jest to płyta roku. Gorąco zachęcam do zapoznania się z "Djerv". Ten, kto nie wysłucha będzie uboższy. Kto się zapozna na pewno żałować nie będzie. Ocena maksymalna. 

wtorek, 27 września 2011

Chickenfoot - III (2011)

Patrząc na przewrotnie zatytułowaną płytę Chickenfoot, zastanawiałem się czy aby czegoś po drodze nie przegapiłem. Po sprawdzeniu okazało się, że jednak nie. Panowie postanowili spłatać figla swoim fanom i drugi album zatytułowali po prostu "III". No cóż, ja mam do dziś ich debiutancki krążek, na którym praktycznie nie znalazłem nic dla siebie. Obawiałem się, że będzie podobnie i tu. Że znów będą chcieli usilnie zastąpić byt zwany Van Halen, który od lat ciągle milczy, karmiąc swoich fanów obiecankami o nowej płycie. Choć z drugiej strony miałem nadzieję, że ten LP będzie dużo lepszą propozycją niż "jedynka". I tak właśnie jest. Po uważnym wysłuchaniu całości uważam, że to nie tylko o wiele dojrzalsze dzieło ale także mam pewną, dość kontrowersyjną tezę, którą - pozwólcie - zdradzę na końcu. Na tym CD dominuje proste ale nie prostackie, energetyczne, rockowe łojenie z charakterystycznymi zagrywkami Satcha. I to nic, że to już wszystko było, że to już ograne patenty w tysiącach konfiguracji. Największą uwagę przykuwają dwaj frontmani - nadal rasowo pokrzykujący Sammy Hagar i szalejący, pełen młodzieńczej pasji, finezji i radości Joe Satriani. Ten drugi zdaje się poszedł po rozum do głowy i przestał starać się być drugim Eddiem, co tylko przydało autentyczności temu zespołowi i tej płycie. On postawił na to co umie robić najlepiej, do tego dodać należy kapitalne pomysły na melodie, tym razem bardzo dobrze skomponowane kawałki i to coś co brakowało pierwszej płycie. Jakiś taki zamysł, cel, przemyślaną strategię. Na "III" nie ma wyłącznie jajcarskiego grania. O nie! Oni powoli bo powoli ale stają się rasowym, rockowym zespołem. W wielu miejscach zwalniają, utwory łagodnieją, a całość mimo to świetnie się broni. A miejscami nawet zaskakuje, bo panowie proponują coś, co zdaje się, do nich nie pasuje. W takim Last Temptation podobać mogą się echa utworów Deep Purple i tej całej gromady starych rockowych zespołów. Bardzo podoba mi się wstęp do tego numeru - czysty Satriani, a potem jakże amerykański, południowy rock w refrenie. Tak grają te wszystkie southern rockowe zespoły. Chickenfoot najwidoczniej nie chcieli być gorsi. Następny w kolejce Alright Alright to raczej rzecz, która przypomina dokonania zespołów rockowych z lat 70 ubiegłego wieku. Solówka to czysty Joe, wyjęta żywcem z jego solowych płyt. Całkiem milutki utworek, trochę może wybitnie o charakterze rozrywkowym ale do tego już nas panowie zdążyli przyzwyczaić. Natomiast dawno nie było czegoś takiego jak Different Devil. I nie mam tu na myśli tego akurat zespołu ale ogół płyt z muzyką rockową, które się dziś ukazują. Tu mamy coś na kształt największych przebojów Van Halen. Ale uwaga - tym razem to jest zupełnie niewymuszone. Zrobione bardzo lekko i naturalnie. Mimo, ze przypomina dokonania owego zespołu to tym razem nie ma się wrażenia, że to jest zrobione celowo i na siłę. Up Next to taki gitarowy łamaniec, coś co Joe lubi najbardziej. Hmmm, czy już wiecie co ja chce powiedzieć? Nie? No to posłuchajcie następnego w kolejce Lighten Up. Satriani na tej płycie rządzi i dzieli. Kolejne zaskoczenie przychodzi w bodaj najlepszym na tej płycie Come Closer. Znów Van Halen ale takie pełne zadumy. Efekt po prostu zajebisty. Takich kawałków nie pisze sie od tak. A Hagar jakby zazdrości trochę Plantowi jego wokalnej ekspresji i ładnie go tu naśladuje. Three And A Half Letters to już więcej Metalu. Ale to zupełnie nie przeszkadza w odbiorze płyty. W końcu ten skład swoje związki z tym rodzajem muzyki ma i coś takiego prędzej czy później pojawić się na ich płycie po prostu musiało. Rzecz jasna kto chce czegoś tam z Van Halen może się doszukać w tym kawałku. Pierwszym singlem promującym drugi LP Chickenfoot jest Big Foot, do którego nakręcono także klip. Nie wiem jak inni ale w moim uznaniu tak średnio dobrano utwór, który ma pilotować całą płytę. Jest tu kilka numerów, które z całą pewnością dużo lepiej nadawałyby się do tego celu. Akurat tu Satriani znów daje o sobie znać i czaruje swoją techniką. Wracając do wątku promocji nie wiem dlaczego nie wybrano do tego celu znakomitego Dubai Blues. Zajebista rzecz w którym obaj panowie naprzemiennie wiodą prym. Gdy to Hagar nadaje ton to Satriani zostaje gdzies w tle i tylko ładnie uzupełnia całość. Gdy to jednak on prowadzi, Sammy daje mu poszaleć, a sekcja elegancko i z dużym wyczuciem robi resztę. I znakomicie się tego słucha, choć ten kawałek tak naprawdę wiele wspólnego z bluesem nie ma. Czasem przemknie kilka znakomitych, niebieskich nutek i to wszystko. Something Going Wrong to znów ukłon w stronę południowego rocka ze Stanów. Ładny, akustyczny, nieco bluesowy początek, którego nie powstydziliby się Lynyrd Skynyrd, Blackfoot czy sam wielki Zakk Wylde. Zaprawione to wszystko kilkoma ostrzejszymi nieco nutami i znakomitymi solówkami Joego. Warto dodać, że i Hagar chwycił za wiosło i słychać tu jego grę na tej płycie. Pięknie kończy się ta płyta. Kończy? To byłoby za szybko. Chickenfoot nie byliby sobą gdyby nie spłatali kawału odbiorcy. Mamy tu jeszcze jeden numer, wybitnie jajcarski No Change. Nieco ponad cztery minuty przedniej zabawy. I takie jakby credo zespołu w "we all stay the same". A Joe znów szaleje, niszczy, rządzi i dzieli. I zapewne jego pomysłem była zmiana tempa w tym kawałku. Wypadło to znakomicie.
Nie spodziewałem się takiego krążka od tych panów. I tak jak nie cierpiałem płyty pierwszej, tak recenzowany dziś LP przypadł mi do gustu w całości i nie mam się do czego tu przyczepić. Znakomity, obowiązkowo jajcarski, choć z momentami, które mogą zaskakiwać słuchacza, wypiek. Na początku recenzji napisałem, że mam kontrowersyjną tezę, która uparcie mi siedzi w głowie. Za każdym razem gdy słucham "III" utwierdzam się w tym przekonaniu. Tak więc pora na szok. Osobiście, moim zdaniem, ta płyta to najlepszy LP Satrianiego. I myślcie sobie o mnie co chcecie. Ja zdania nie zmienię. Ode mnie mocne 8/10. Tak na zachętę dla tych panów. Płytę polecam Waszej uwadze.

niedziela, 4 września 2011

Sinner - One Bullet Left (2011)

Kiedy gruchnęła wieść, że Matt Sinner szykuje nowy album swojego macierzystego zespołu, zacząłem zastanawiać się co też ten jeden z najbardziej zapracowanych ludzi w metalowym światku może przygotować. Tak właściwie to nie spodziewałem się niczego specjalnego. W pamięci mam ostatnie wypieki Primal Fear, solowy album Ralfa Scheepersa, znakomite Voodoo Circle i dwie ostatnie, bardzo nierówne płyty Sinnera, i to już dawało mi podstawy do myślenia, że "One Bullet Left" nie będzie żadną sensacją i otrzymamy typowy, zmanierowany przez Matta, LP. Z powodów powyższych prace nad dokończeniem nowej płyty przeciągały się, a smaczku wszystkiemu dodaje fakt, że nastąpiły nieoczekiwane zmiany w składzie. Do grupy dołączyli gitarzyści Alex Beyrodt i Alex Scholpp. To ciekawy zabieg, bo w tej chwili w Sinner gra aż trzech gitarzystów. Tak więc można było przewidywać, że postawienie obok Christofa Leima dodatkowych wiosłowych sprawi, ze gitary będą ryczały i demolowały wszystko i wszystkich. Ba! Jakby tego było mało, na tej płycie pojawił się znakomity pałker w osobie André Hilgersa. Ufff! Nagromadzenie takich znakomitości zdawało się zapewnić niechybny rezultat w postaci płyty wręcz genialnej. Nie zrozumcie mnie źle. Ja bardzo chciałem zapomnieć o mocno średniej, solowej propozycji Scheepersa i posłuchać czegoś równie znakomitego jak niedawny CD Beyrodta. Tak więc patrząc na skład zacierałem ręce i oczekiwałem miażdżącego uderzenia. Wszakże zapowiedzi były entuzjastyczne, a tytuły krzyczały, że "Sinner is back!". No cóż, takiego powrotu jak w The One You Left Behind, osobiście się nie spodziewałem, a  zawartość tej ścieżki spowodowała, że z niedowierzaniem słuchałem tego co dzieje się w tym utworze. Tak zmęczonego, nie w formie, ospałego i nie mającego pomysłu na swoją muzykę Sinnera nie słyszałem od lat. Przecież w składzie jest trzech gitarzystów! Gdzie potężne uderzenie? Nie ma! Przyznam szczerze, że w tym momencie miałem już wszystkiego serdecznie dosyć. Nie takiej płyty chciałem. Oklepana do bólu, wyświechtana melodia, wkurzające, typowo niemieckie, kwadratowe riffy i amatorskie wręcz solówki spowodowały moje ogromne rozczarowanie. Do tego ten śmieszny wręcz refren. No cóż, jeśli Matt myślał, że kupi mnie taką propozycją to się srodze pomylił. To co się dzieje w następnym Back On Trail spowodowało moje, już na serio, wkurwienie. Do cholery, Sinner to nie Phil Lynott i silenie się na buraczane wręcz oddawanie mu hołdu w taki sposób całkowicie mija się z celem. Nie ratują tego numeru nawet solówki przypominające popisy Robertsona czy Gorhama. No po prostu straszna rzecz słuchać, jak uznana metalowa firma, latami stojąca w poczekalni Hall of Fame niemieckiego metalu pogrąża się takimi propozycjami. Give & Take to typowe, na kilometr rozpoznawalne granie w stylu Sinner. Byłoby wszystko OK gdyby tego nie było już tego sto razy wcześniej i lepiej w innych utworach na wcześniejszych płytach. Cieszy ucho doskonale słyszalne pulsowanie basu i tylko to. Nie można się spodziewać niczego dobrego po tytułowym One Bullet Left. Naprawdę nie wiem co chciano tu osiągnąć. Utrzymany w średnim tempie kawałek absolutnie niczym nie przyciągający mojego ucha. Kolejny raz wkurzyłem się słuchając 10 2 Death. Szanowny Panie Sinner. Pańska ekipa to nie Motorhead i nagrywanie takich kawałków wraz z usiłowaniem wzorowania się na Kilmisterze zwyczajnie Panu nie przystoi i niechże Pan da sobie na przyszłość spokój z takim... czymś. Zaprawiona punkiem heavy metalowa łupanka, bez celu, składu i ładu. "Udająca" przebój. Nie do mnie z czymś takim. Pewne nadzieje dawała ballada Haunted. Wszystko jest w najlepszym porządku do momentu w którym wchodzi ten dziwacznie skonstruowany refren z piszczącymi gitarami. Już w poprzednich recenzjach płyt z udziałem Matta Sinnera zwracałem uwagę na to, że potrafi on zepsuć nawet najlepiej zapowiadający się kawałek. I kolejny przykład tej umiejętności mamy w tej propozycji. Gdyby nie zepsuty w drugiej połowie refren, mielibyśmy przebój. A tak można jedynie zastanawiać się jakim killerem byłby ten utwór. A jeśli psuć to już wszystko, tak jak w kowerze Steve Stevensa. Atomic Playboys został tu bezlitośnie spieprzony. W okrutny sposób zniszczono wielki przebój, który dla wielu jest dziś klasyką w swoim gatunku. Niestety główny sprawca zamieszania nie miał dla niego litości. Za takie wykonywanie kowerów ja bardzo dziękuję. I postoję. Kolejnym hitem mógłby być, a nie jest, Suicide Mission. Gdyby nie owe zmęczenie i wypalenie się Sinnera, to mielibyśmy wręcz klasyczny już numer tego zespołu. Niestety tego, że wokalista, mówiąc językiem piłkarskim, "przeszedł obok" tego kawałka, kładąc wszystko w fatalnym refrenie, nie da się ukryć i zamaskować. Jestem wściekły na Sinnera za Wake Me When I'm Sober, w którym to dla siebie zarezerwował główną rolę. Należało tu wpuścić Ralfa Scheepersa i pozwolić mu to zaśpiewać po swojemu. To jest wymarzona ścieżka dla tego wokalisty. Jeśli tylko byłby w formie to wokalnie by tu zdemolował. Silenie się na granie riffów zarezerwowanych dla Primal Fear w takim Mind Over Matter (oczywiste skojarzenia z prześwietnym "Armageddon") i zaprawianie ich z typowo rockowymi riffami po raz kolejny powoduje moje rozczarowanie. Jeśli są przebłyski bardzo dobrej gry to natychmiast wszystko jest sprowadzane do parteru i równane do szeregu. Smutno słuchać jak Sinner miota się w swojej bezsilności i twórczej niemocy. Do tego ten kwadratowy refren w stylu Udo Dirkschneidera. Po raz kolejny zespół pogrąża się w Mend to be Broken, znów usiłując udawać Thin Lizzy. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Ja się na to nie zgadzam. Bardzo podoba mi się początek ostatniego na płycie Rolling Away. Elegancki, brytyjski początek, iście w stylu Whitesnake czy bardziej zamyślonych kawałków Jorna. Co jednak z tego, skoro wszystko zostało spieprzone fatalnym, niemieckim refrenem. Po prostu tragedia. Tak kończy się najnowszy LP Sinnera. 
Niestety zawód i to na całej linii. Poczynając od słabych kompozycji, z których wiele można by jednak wyciągnąć, przez słabą produkcję. Tu się na chwilę zatrzymam. W składzie jest trzech wioślarzy. Zastanawiam się po co było Sinnerowi trzech gitarzystów, skoro w żaden sposób nie uwypuklił ich możliwości i gry. Po drugie strefa gitar jest płaska i pełna dziur oraz niedoróbek, które trzeba było zapełnić. Niestety tego nie zrobiono. Oczywiście bas grzmi a perkusja André Hilgersa demoluje obiekty. I to on jest najjaśniejszym punktem tego wydawnictwa. Zagrał bezbłędnie i mimo słabych utworów, od początku do końca napędza ten album. Co się zmieniło od czasów ostatnich płyt Sinnera? Ano to, że nie ma tu wartych uwagi przebojów. Nie ma tu wartej posłuchania bardzo dobrej gry instrumentalistów. Nie ma tu niczego wartego zatrzymania się. Płyta kończy się nie wiadomo kiedy, a w pamięci nie zostaje nic. Niedowierzanie, złość, smutek i niemożebne wkurwienie. Matt Sinner wypada poza czołówkę niemieckiego grania. Nie zaoferował nic. Takie płyty mogą nagrywać zespoły drepczące korytarzem w stronę Hall of Fame i dla nich nie jest to wstyd. Niestety uznana metalowa firma, któa prezentuje taki kompakt powinna być natychmiast z sali zasłużonych wyprowadzana. Niech idą, gonić ich nie będę. Może jeszcze kiedyś powrócą w glorii i sławie po czerwonym dywanie na swoje miejsce, które tym krążkiem stracili. Na pewno nie gdy będą takie granie uskuteczniać. Panie Sinner, została Panu jeszcze jedna kula. Proponuję honorowo wykorzystać ją na sobie i strzelić sobie w łeb. Najgorsza płyta tego zespołu od lat wielu. Drugiej takiej nie pamiętam. Nota 3/10 i precz mi z oczu. Tym, którzy chcą posłuchać jak upadła metalowa legenda polecam. Innym serdecznie odradzam. Strata nerwów i czasu.